2070 0

Chociaż dyskusje o handlu internetowym w Polsce i na świecie toczą się zazwyczaj wokół handlu detalicznego, to de facto, prowadzone są wokół modeli biznesowych B2B.

Bo czym innym są platformy sprzedażowe, takie jak Amazon, eBay, Allegro, czy Netflix, jeśli nie efektem wewnętrznych umów między biznesem?

Współczesny marketing, w dużej mierze z powodu swojej internetowej wersji, jak zauważa Philip Kotler, stał się marketingiem nastawionym na konsumenta. Jego potrzeby, wartości życiowe, zapatrywania, wrażenia, jakie wynosi z użytkowania produktów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdy zaglądamy pod pierwsze z brzegu marketingowe kamienie mądrości, to wszystko kręci się wokół doświadczenia konsumenta, a raczej użytkownika (user experience).

W gonitwie za tym, czego potencjalnie chciałby potencjalny konsument zapominamy o tym, jak naprawdę działa ten świat – a opiera się on o interesy posiadaczy wielkiego kapitału – finansowego, prawnego, kulturalnego. Ci wolą dogadywać się ze sobą w pierwszej kolejności, a potem zaś ze swoimi konsumentami.

Przykłady? Zacznijmy od tego, który prawie powalił na kolana przemysł muzyczny. Zanim koncerny muzyczne zrozumiały, jakie są potrzeby konsumentów, a raczej przyjęły je do wiadomości, minęły lata stracone na walkę z piractwem. Tajemnicą poliszynela jest powód takiego podejścia. Prawo autorskie nie przewiduje wykorzystania utworów na polach, które nie istniały w momencie ich powstawania. Stąd, olbrzymia część zasobów muzykotek należących do koncernów muzycznych nie mogła być udostępniona w streamingu internetowym bez renegocjacji tysięcy umów. Z punktu widzenia posiadaczy majątkowych praw autorskich korzystniej było toczyć wojnę z piractwem, niż zapewniać sobie lepsze, bardziej konkurencyjne w stosunku do nielegalnych źródła zbytu. Serwisy streamingowe nie ruszyły z miejsca, dopóki posiadacze praw majątkowych i autorskich nie dogadali się ze sobą.

Pełny tekst przeczytasz w nadchodzącym wydaniu Mensis

Tagi

Skomentuj