3894 0

W weekendowym magazynie Dziennika Gazety Prawnej Rafał Drzewiecki poruszył ważny dla świata marketingowców i sprzedawców temat znany pod nazwą marketingu szeptanego.   Czytaj więcej

Zdaniem Drzewieckiego, marketing szeptany mieści się w szerszym pojęciu astroturf marketingu.

 

 

Czym jest astroturf marketing? Pojęcie to ma swoje korzenie w nazwie syntetycznej wykładziny, która wyglądem upodabnia się do trawy. W wolnym tłumaczeniu chodzi o „kładzenie sztucznego trawnika”. Co to ma wspólnego z marketingiem szeptanym?

 

Owa przenośnia „kładzenia sztucznego trawnika” miałaby oddawać ideę „manipulowania opinią publiczną przez podstawione osoby, a nawet całe z pozoru oddolne ruchy obywatelskie”. Jak twierdzi Drzewiecki, i przywołuje przy tym sporo faktów, w USA i innych państwach Zachodu jakiś czas temu wprowadzono prawne regulacje, które mają na celu zlikwidowanie tego typu wątpliwej moralnie działalności:

 

„ W USA Federalna Komisja Handlu w przypadku stwierdzenia, że dana firma zleciła tego typu kampanię, może na nią nałożyć grzywnę, nawet 16 tys. dol. za każdy dzień jej trwania. Takie nielegalne działania ścigają też prokuratorzy. W zeszłym roku nowojorski śledczy Eric Schneiderman zmusił 19 koncernów do podpisania zobowiązania o niestosowaniu astroturfingu. Firmy wolały podpisać zakaz i zapłacić zaledwie kilkaset tysięcy dolarów, bo koszty przegranych w sądzie spraw poszłyby w miliony. W Wielkiej Brytanii podszywanie się pod konsumenta w przestrzeni publicznej grozi więzieniem – pisze w DGP Drzewiecki”

 

Jak na razie w Polsce tego typu działalność nie jest regulowana prawnie, przynajmniej nie dosłownie. To skłoniło red Drzewieckiego do stwierdzenia wprost, że:

 

„W Polsce panuje w tej dziedzinie wolnoamerykanka. Reklama wepchnęła się nawet do programów informacyjnych, a lokowanie produktu, skądinąd koszmarna nazwa product placement, w wydaniu polskim to bicie widza obuchem po głowie, gdzie reklamowany produkt gra główną rolę.

 

U nas obowiązuje jedynie unijna dyrektywa, że przekazy reklamowe w mediach muszą być wyraźnie oznaczone. Rozwój technologii i pomysłowość marketingowców uczyniły jednak to prawo martwym.”

 

Następnie redaktor DGP przechodzi do cenników polskich agencji marketingu internetowego i public relations wspominając o kupowaniu pozytywnych bądź negatywnych opinii w polskim Internecie. Wspomina także o zaowalowanej akcji OFE na YouTube oraz historii studentki z kijowskiego Majdanu, która okazała się amerykańską fałszywką.

 

Następnie, niestety, autor artykuł wykonuje gwałtowny skręt w stronę manowców, co tylko częściowo uzasadniają jałowe intelektualnie cytaty z polskich naukowców, którzy twierdzą, że w Polsce ludzie są zwyczajnie za głupi, i za mało wykształceni, stąd narzędzia perswazji działają na nich tak mocno. Niestety, nie wyjaśniają, dlaczego prawie każde narzędzie, z jakiego korzysta polski marketingowiec internetowy przychodzi do nas z Zachodu.

 

Pewnymi światełkami w tunelu jest pokazanie w artykule przykładów zbadanych przez psychologów zachowań ludzi, które można odnieść pośrednio lub bezpośrednio do wyborów konsumentów. Co jest jasną sugestią, że jak wiadomo nie od dziś, zachowania warunkowane są przede wszystkim przez otoczenie, jakie wykreują do życia swoim obywatelom instytucje. Zarówno te publiczne jak i prywatne.

 

Jedynie milczeniem można pominąć sugestie o zmianach marketingu z powodu zmiany kierunku produkcji w stronę Chin:

 

– W realnym socjalizmie, w systemach nakazowo-rozdzielczych pełno było lipy produkcyjnej. Dziś mamy kapitalizm, ale sytuacja się powtarza, bo na rynku zaczęły dominować Chiny z systemem totalitarnym, gdzie nie obowiązują zachodnie standardy organizacji i produkcji. To jak ma wyglądać reklama, skoro sam rynek jest zakłamany i brudny, jak rzetelnie reklamować kiepskiej jakości towary chińskie i innych tanich producentów? – zastanawia się medioznawca ze Społecznej Akademii Nauk.

 

Można by tego typu wypowiedzi podsumować w sposób jednoznaczny. Przydałoby się więcej praktycznej edukacji o tym, jak dziś wygląda produkcja w Chinach i innych krajach Azji (i nie tylko). Bo jak zauważa cytowany medioznawca: „jedyną szansę na obronę przed atakiem manipulacji ze strony biznesu i powiązanych z nim mediów jest edukacja”.

 

Ciekawostką jest także głoszona przez wykładowcę próba zapobiegania masowemu zaniżaniu poziomu wiedzy współczesnego polskiego konsumenta, który nie potrafi wyłuskać z reklamy fałszu:

– I nie chodzi tu o powszechne uczęszczanie do szkół, tylko o kontrolę poziomu nauczania. Stworzenie elitarnych placówek, gdzie dopuszczana będzie tylko najzdolniejsza, najbardziej inteligentna młodzież – zastrzega dr Gajlewicz.

 

Trudno powiedzieć w jaki sposób miałoby to pomóc przeciętnemu konsumentowi. Pozostaje jedynie ubolewać nad faktem, że w artykule nie znalazło się dość miejsca na wypowiedzi przedstawicieli polskiej branży reklamy klasycznej, reklamy internetowej oraz e-commerce skupionych w kilku ogólnie dostępnych dla dziennikarzy organizacjach. Można byłoby zadać kilka trudnych pytań o to, dlaczego w Polsce wciąż branża reklamowa i nie tylko nie potrafi wypracować mądrych standardów, które podniosłyby jakość reklamy, a tym samym stopień zaufania do niej.

 

Tagi