3989 0

Przygodę z biznesem zacząłem w wieku 17 lat od handlu używanymi komputerami i konsolami Sony, które za naszą zachodnią granicą były znacznie tańsze. Pozwalało mi to skutecznie zwiększyć swój budżet licealisty i posmakować radości z posiadania samodzielnie zarobionych pieniędzy.   Czytaj więcej

Niedługo po rozpoczęciu studiów prawniczych stwierdziłem, że nie dają mi one satysfakcji, więc znalazłem sobie kolejne pomysły na zagospodarowanie czasu. Szybko stanąłem na czele wrocławskiego oddziału ELSA, w którym naprawdę wiele się działo.

 

 

Poza tym, w 2000 roku odkryłem Allegro, które zaczęło przynosić mi istotne dochody, dzięki odsprzedaży sprowadzanych z Azji podzespołów do konsoli Xbox. Na drugim roku studiów dziennych potrafiłem poruszać się po uczelni na tyle sprawnie, że udało mi się wygospodarować czas na etatową pracę w jednej z szybko rosnących kancelarii prawnych.

 

Rok później sam byłem właścicielem podobnego biznesu. Udało mi się to dzięki inwestorom, którzy – po wielu namowach – zdecydowali się zainwestować w mój projekt. Po niespełna roku działalności, moja kancelaria windykacyjna zatrudniała kilkanaście osób i miała dwa oddziały na Dolnym i Górnym Śląsku. Równocześnie moja „kariera naukowa” wisiała na włosku, a wyzwania, przed którymi stawałem w pracy, znacznie przerastały moje 23 – letnie możliwości.

 

Udało mi się jednak sprzedać swoje udziały pozostałym wspólnikom i dalej szukać własnej drogi. Firma, którą wtedy wymyśliłem i założyłem istnieje do dzisiaj, zatrudnia setki osób w całym kraju i od kilku lat jest notowana na giełdzie papierów wartościowych. Mnie natomiast udało się nadrobić zaległości na uczelni i nawet dostać się na kurs prawa brytyjskiego i Unii Europejskiej na Uniwersytecie w Cambridge.

 

Poza tym, zyskałem komfort szukania swojej drogi zawodowej bez presji ekonomicznej. Mogłem pracować za darmo albo nawet dopłacać pracodawcy, u którego mogłem nauczyć się czegoś ciekawego. Najważniejsza była dla mnie chęć zdobycia wiedzy i rozwoju (co zostało docenione) i pomimo tego, że było grono osób o znacznie wyższych kompetencjach, właśnie ten argument sprawił, że to ja – w 2004 roku – zostałem koordynatorem IPO Travelplanet.pl – jednego z pierwszych e-commerce na polskiej giełdzie.

 

Dlaczego chciałem tam pracować? Bo po przygodzie z własną firmą i jej sprzedażą zrozumiałem, że właśnie to chcę robić – doradzać przy tego typu transakcjach. Może kiedyś nawet zostać inwestorem, który będzie szukał takich ludzi jak ja i – jako mniej lub bardziej aktywny inwestor – czerpałbym korzyści z owoców ich pracy. Moje pierwsze wynagrodzenie w Travelplanet.pl było symboliczne, ale już rok później zarabiałem kilkanaście razy więcej i byłem prokurentem w spółce notowanej wówczas na GPW.

 

Równocześnie bardzo szybko rozrastała się nowa kancelaria, której byłem założycielem i udziałowcem. Udało nam się pozyskać naprawę dużych klientów – m.in. KGHM czy spółki, należące do Aleksandra Gudzowatego. W 2006 roku dostałem propozycję wejścia do zarządu Travelplanet.pl i przez chwilę nawet się nad tym zastanawiałem. Niemniej bardzo szybko zdecydowałem się postawić na swój własny biznes.

 

Jako partner zarządzający we własnej kancelarii prawnej, zacząłem doradzać funduszom inwestycyjnym i spółkom, wybierającym się na giełdę. Do grona moich klientów szybko dołączyły fundusze notowane na polskiej i londyńskiej giełdzie papierów wartościowych.

 

Po raz kolejny udało mi się trafić w dobry moment, bo koniunktura giełdowa poprawiała się z miesiąca na miesiąc. W międzyczasie zostałem istotnym akcjonariuszem jednego z małych domów maklerskich, który niebawem zadebiutował na nowopowstałym rynku NewConnect, uzyskując – po debiucie – astronomiczną kapitalizację, szybko zbliżającą się do pół miliarda złotych.

 

Sprzedaż akcji pozwoliła mi na zrealizowanie książkowego marzenia o pierwszym milionie już w wieku 27 lat. W tym samym czasie, reprezentanci naszych spółek odebrali z rąk Zyty Gilowskiej i Ludwika Sobolewskiego pierwsze statuetki Autoryzowanych Doradców NewConnect, co pozwoliło nam na zajęcie dobrej pozycji startowej w walce o klientów, zmierzających na mały parkiet.

 

Dalej poszło łatwo, bo – dysponując znacznym jak na tamte czasy kapitałem – mogłem na poważnie myśleć o własnym funduszu inwestycyjnym. Zdecydowałem się też na ostatnie w moim życiu studia – bardzo niezwykły program MBA na jednej z niemieckich uczelni, gdzie zarządzania uczyłem się od szefów grupy Volkswagen, strategii od profesora, który doradza największym firmom świata, a pracę pisałem pod czujnym i wymagającym okiem wiceprezesa jednego z dużych europejskich banków, który odpowiadał w nim za fuzje i przejęcia.

 

W 2008 roku zdecydowaliśmy się na utworzenie spółki, która dała początek działającej do dzisiaj Grupie Trinity SA. Od tamtej pory doradzaliśmy wielu przedsiębiorcom, którzy chcieli sprzedać swoje firmy albo pozyskać kapitał na rozwój. Każdego roku zamykaliśmy kilka tego typu transakcji, równocześnie inwestując w kolejne ciekawe spółki. Jedną z nich jest Mennica Wrocławska, której przychody (tylko w tym roku) przekroczą 200 milionów złotych.

 

Inną jest np. agencja interaktywna Webber&Saar, która robi niezwykłe rzeczy w Internecie. Od kliku lat moja praca polega na nieustającym spotykaniu się z ludźmi, nadzorowaniu, planowaniu, sprawdzaniu, rozmawianiu i lataniu po Polsce. Kiedyś, pewien starszy ode mnie jegomość powiedział mi, że najlepszą drogą w życiu jest pokonanie następujących etapów:

  • praca dla kogoś i zdobywanie wiedzy potrzebnej do rozpoczęcia własnego biznesu;
  • prowadzenie własnego biznesu i zgromadzenie kapitału/sprzedaż firmy;
  • zainwestowanie kapitału w firmy ludzi z etapu 2 i życie z jego owoców.

Podobno miało być tak, że na trzecim etapie nie pracuje się wiele i spokojnie odcina kupony. Okazało się, że to całkowita nieprawda – przynajmniej w moim przypadku. Praca jest całkiem inna niż kiedyś, ale wcale nie jest jej mniej. A poziom ryzyka, obciążeń i wyzwań jest nieporównywalnie większy.

 

Wbrew potocznym wyobrażeniom i bajkom z kursów NLP o „wolności finansowej”, właściciel firmy (a tym bardziej wielu firm) musi naprawdę dużo i ciężko pracować, żeby utrzymać głowę nad wodą. Życie pokazuje również, że nawet największe firmy upadają, a nawet najlepsze firmy pewnego dnia mogą przestać zarabiać. Nie można więc stać w miejscu. Zawsze trzeba pędzić do przodu. Warto o tym pamiętać przed rozpoczęciem swojej przygody z biznesem.

 

Gdybym miał zastanowić się nad tym, co sprawiło, że mi się powiodło, powiedziałbym, że: po pierwsze, mam dopiero 33 lata i o tym, czy mi się powiodło czy nie, będę mógł powiedzieć za jakieś 40 lat; a po drugie – wpływ na to, gdzie dzisiaj jestem, miało tak wiele czynników i okoliczności, że nie starczyłoby miejsca, żeby o nich opowiedzieć.

Tagi