fbpx

7 mitów na temat sprzedaży internetowej. Część II

W Internecie zawsze szybciej. Szybkość transakcji internetowej jawiła się nabywcom jako mityczna własność formatu „kup teraz”. Kiedy „kupterazy” opanowały rynek polskiego e-commerce, czyli mniej więcej od roku 2005, od razu przyklejono im łatkę tak zwanego szybkiego dostępu.

Po cóż czekać na kończącą się o 2:00 w nocy licytację, bez pewności wygranej, skoro można kliknąć i mieć. No właśnie. Czy kliknąć kiedykolwiek oznaczało w polskim Internecie mieć? Nie będzie to chyba zdradzaniem tajemnicy ani też wyjawianiem sposobu na Alcybiadesa, jeśli w tym momencie zapytamy o to, czy po „kupteraźnięciu” czegoś mieliśmy to kiedykolwiek od razu? Kłopot z zaakceptowaniem formy przesyłki, bank zrywający sesję płatniczą, a wreszcie sprzedający, który nie wyśle niczego dopóty, dopóki skrupulatnie nie odliczy otrzymanych złotówek.

W Internecie zawsze szybciej

Te i inne „drobnostki” stanęły na drodze wszystkim, których ucieszne „Mam”, wybrzmiewało echem na długo przed odgłosem „Teraz”. Ostatnie następowało w polskiej rzeczywistości nie prędzej niż po 5-7 dniach. Jak w tym kontekście opowiadać o wyższości sprzedaży internetowej nad zakupami w całodobowym Tesco? Tak czy inaczej rzeczywisty czas poświęcony na sam proces zakupowy, błędnie liczony od momentu kliknięcia do chwili otrzymania e-maila z potwierdzeniem, wcale nie był i nigdy nie będzie krótszy od zakupów na tak zwanym oflajnie.

Internet ≠ Supermarket

Jeśli nie w Internecie, to gdzie? Czyż to nie brzmi znajomo w świetle haseł propagandowych „czego nie ma w Google, tego nie ma w ogóle”? Byli i tacy, którzy twierdzili wręcz, że zakupy tradycyjne odchodzą do lamusa, bo serwisy aukcyjne oraz sklepy online mają dokładnie tę samą ofertę.

Ale nie o tym chcemy pisać przy obalaniu mitu Internetu jako całodobowego supermarketu. Otóż kwintesencją tej pomyłki były wiadomości wysyłane do sprzedających o godzinie 18:00, 24 grudnia, czy o godzinie 1:00, 1 stycznia. To dlatego tak szybko wśród największych polskich sprzedawców internetowych pojawił się przy numerze telefonu dopisek „Odbieramy w dni powszednie od 8:00 do 17:00”. Jakby jednak do tego dodać inną jeszcze własność internetowego klienta, to mielibyśmy kompleksową odpowiedź na temat tego, jak pomylono Internet z dowolnie wybranym brandem któregokolwiek europejskiego koncernu stawiającego klimatyzowany blaszak z mięsem, mydłem i powidłem. Otóż wśród kupujących wytworzyło się to przekonanie wtedy, kiedy zaczęli masowo przeglądać tak zwaną listę towarów dodatkowych, które sprzedawcy wystawiali na najpopularniejszych serwisach sprzedażowych. Doszło nawet do pewnej wariacji na temat, która głosiła, że idealny sprzedawca oferuje przedmioty zarówno z kategorii „dom i ogród”, jak i „odzież, obuwie” oraz „płyty muzyczne”. A wszystko po to, aby kupujący mógł nabyć 50-litrową donicę, poprosić, aby sprzedający włożył do niej płytę uprzednio owiniętą w płaszcz, a wszystko to zakleił folią typu stretch i wysłał po jednych kosztach przesyłki. Pomysłodawcom – gratulujemy zmyślności. Oferentom, mającym przypadkowo towary z tych trzech kategorii, możemy zaś tylko współczuć.

Efekt kuli śnieżnej, czyli urobek żuka gnojowego

Kolejne z wielkich prawideł teoretyków uczelnianych, którzy nigdy w życiu nie sprzedali nawet ładowarki do baterii, ale ilość ukutych tez predestynuje ich do nazywania siebie samych branżą. Zasada efektu kuli śnieżnej jest oczywiście znaną i niegłupią metaforą działań podejmowanych na niewielką skalę, które z reguły pozostawione samym sobie najczęściej stają się duże i – niekiedy – niebezpieczne.

W polskim e-commerce efekt kuli śnieżnej wpajany jako: „rośnij w siłę” i „bądź wszędzie, gdzie cię nie ma” przyniósł skutek zgoła odwrotny od zamierzonego. Sprzedawcy, biorąc na siebie coraz większą odpowiedzialność i próbując za wszelką cenę bycia elastycznymi w swoich międzybranżowych poszukiwaniach, przypominają dość często geotrupes stercorarius – żuka gnojowego, który z zapałem toczy swoją kulkę przez świat. Tak zbrutalizowany, ale i zamierzony efekt kuli śnieżnej staje się w konsekwencji efektem domina. To zaś nie ma słabszych i mocnych stron. Ma wyłącznie słabe. I to bez względu na to, jak bardzo jest rozbudowane, czego dowodzą kolejne rekordy w księdze Guinnessa.

Social must be

W ciągu ostatnich dwóch lat trudno o popularniejszy, a przy tym bardziej pojemny angielski przymiotnik niż social. Mamy przecież i social media, i social shopping, a w zasadzie to wszystko, co w e-commerce wydarzyło się od ostatnich 10 lat, jest już dzisiaj albo social, albo wcale. I gdyby nie pewien słowiański skąd inąd pęd do zawłaszczania pojemnych idei i przerabiania ich na własne, to możliwym byłoby zachowanie w tym wszystkim umiaru. Jeśli zatem ktoś nie ma pomysłu na to, aby swój biznes w sieci rozkręcić z pełnym rozmachem, wystarczy że do swojej strategii wrzuci kilka odnośników do „Fejsa” czy na „Tłitera”. I już może być przekonany o sukcesie. W przypadku pierwszym, głównie sukcesie przy pieczołowitym zliczaniu „lajkerów”…


Autorem artykułu jest Mariusz Wesołowski.
Zobacz pierwszą część „7 mitów na temat sprzedaży internetowej”.
Artykuł pochodzi z magazynu Mensis.pl nr 1.


Zostaw odpowiedź