fbpx

Cierpliwi, ręka w górę

Żyjemy w czasach powszechnej prowizorki podlewanej oliwą zniecierpliwienia. Czy wiecie, że przeciętne auto, które jeździ na polskich drogach 10 lat i dłużej projektowane jest od zera w ciągu 18 miesięcy?

I mam tu na myśli ramy czasowe, które początek mają w momencie wpłynięcia zlecenia do biura projektowego, zaś ich końcem jest gotowy produkt prezentowany dziennikarzom. Kiedy oni testują? Pewnie nigdy. To jeden z ukrytych kosztów jakie ponoszą klienci.

 

Trudno powiedzieć, kto jest bardziej niecierpliwy – klienci czy biznes. Jeśli miałbym kogoś obstawiać to jednak biznes, który żyje wskaźnikami, cyframi i wzrostami wmawiać klientom, że liczy się ich wygoda i komfort, czyli jakość życia.

 

Ale jak wszyscy doskonale wiemy, albo ilość, albo jakość – albo dobry smartfon raz na 3 lata, albo brak aktualizacji dla nowego modelu po roku (pozdrawiam Samsunga). Stąd żyjemy w czasach prowizorki, gdzie marketing i produkcja to dwie dziedziny, których drogi dość dawno temu poszły w innych kierunkach.

 

To może brzmieć dość dziwnie w czasach, gdy kto żyw ten rzuca w marketingowców wszystkim co mu wpadnie pod rękę. Prawda jednak jest taka, że dział marketingu dba o poczucie bezpieczeństwa klienta, czyli przekonanie o doskonałości produktu, zaś dział produkcji i badań dba o to, żeby produkt zepsuł się w niedługim czasie po gwarancji.

 

Właściwie to czasami dbać nie musi, ponieważ testowanie na klientach skutecznie pozwala na eliminowanie własnego produktu z użytku. A pomyśleć, że marketing wymyślono w celu lepszej komunikacji klientów z szeroko pojętym działem produkcji.

 

W takim stanie umysłu jest cała globalna gospodarcza rzeczywistość, która żyje wskaźnikiem PKB, chociaż od dość dawna wielu uznanych ekonomistów głośno narzeka, że mierzenie postępu ilością procentów PKB korzystne jest wyłącznie dla grupki rozwydrzonych bankierów, którzy mnożą ten sam wirtualny pieniądz dziesiątki razy, następnie zaś od każdego pomnożenia wypłacają sobie prowizję.

 

Tutaj można podejrzewać, że czym prędzej zamieniają ją na dobra trwałe, bo świetnie znają wartość wirtualnych cyferek, którymi obracają.

 

A rozgrzany do czerwoności obieg wirtualnego pieniądza przekłada się na wszystkie inne biznesy. Wszyscy liczą cyferki, mało kto patrzy na faktyczną jakość. A prawda jest niestety taka, że im większy i bardziej skomplikowany projekt, tym więcej czasu, a niekoniecznie pieniędzy wymaga. Przekonałem się o tym ostatnio.

 

Właśnie kończę pracę nad nowym sklepem internetowym, który bez dwóch zdań będzie liderem w swoim segmencie – zarówno jeśli chodzi o innowacyjność rozwiązań, jak i o dopracowanie całości. Ale z założonych na mniej niż 6 miesięcy prac wyszedł ponad rok. Nad całością pracowało wiele osób, ale nie wierzę, że podwojenie budżetu lub zaangażowanie kolejnych dziesięciu mogłoby ten czas skrócić o połowę.

 

Nic z tych rzeczy, dobre projekty i pomysły muszą mieć autorów (na pohybel odpowiedzialności zbiorowej i takiemu samemu wynagradzaniu) oraz odpowiedni czas na wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Jak to zrobić w czasach, gdy nikt nie chce na nic czekać i domaga się rezultatów na już?

 

Multiplikować projekty i prowadzić ich kilka, przy czym znacząco różnicować terminy ich ukończenia. To pozwoli co kilka miesięcy lub lat zaskakiwać klientów i partnerów biznesowych nowymi rozwiązaniami. Do tego wymagane jest wizjonerstwo, zdolność kreowania przyszłości swojej branży, znakomite planowanie i żelazna systematyczność.

 

Jeśli wasze plany rozwoju osobistego lub biznesowego (oraz szczegółowy spis narzędzi dedykowanych do tego celu) nie sięgają dłużej niż rok, to najwyższa pora to zmienić.

 

Cierpliwi ręką w górę.

 

Zostaw odpowiedź