fbpx

Kapitał w XXI wieku, demokracja w czasie post-recesji

„Kapitał w XXI wieku” to najnowszy manifest społeczno-ekonomiczny, który zdobywa na świecie olbrzymią popularność. Wyszedł spod ręki profesora Thomasa Piketty, francuskiego ekonomisty, badacza redystrybucji bogactwa w społeczeństwie. Piketty już został okrzyknięty politycznym i teoretycznym buldożerem.

Kapitał w XXI wieku to potężna analiza oparta o dane z ponad 20 krajów z ostatnich stu lat. Zaś jej recenzji na łamach The New York Review dokonał sam Paul Krugman.

 

Piketty pisał swoją książkę ponad 10 lat i doszedł do wniosków, które co rozsądniej myśląc obserwatorzy podnoszą co najmniej od momentu ostatniego kryzysu. A raczej czasu po nim, kiedy to okazało się, że jego skutki odczuli wszyscy, poza tymi, którzy go wywołali. Temat nierówności społecznych od kilku lat skutecznie przebija się mainstreamu i dotarł nawet na obrady najpotężniejszych ludzi na świecie w Davos.

 

Ale dyskutowanie w Davos o nierównościach społecznych, to jak filozoficzna dyskusja rekinów o wegetarianizmie. Teza Pikettiego jest prosta – światem rządzą rentierzy, którzy dziedziczą kapitał lub mnożą go w wyniku spekulacji, a tym samym nie wnoszą do gospodarki nic innowacyjnego. Ci, którzy próbują dorobić się na twórczej destrukcji mają coraz trudniej – statystyki pokazują, że trafia do nich coraz mniej dochodów. Te krążą w zamkniętym obiegu wśród 1% najbogatszych ludzi świata.

 

W ciągu 30 lat najbogatsi Amerykanie zwiększyli swój udział w redystrybucji zysków z gospodarki z 17 do 43%, przy czym zajmują też 75% zysków kapitałowych. Okno pozwalające przebijać się nowym podmiotom na globalnym rynku wyraźnie zamyka się. Co więcej, Piketty dochodzi do wniosku, że pracować nie opłaca się tak bardzo jak inwestować kapitał – ta druga forma zarabiania gratyfikuje wyraźnie lepiej.

 

Piketty porównuje nasze ekonomiczne czasy do przełomu XIX i XX wieku, czyli tzw la belle epoque, kiedy to podobnie wysokie różnice majątkowe były jednym z punktów zapalnych, zaś całość zamknęła I Wojna Światowa, która wywróciła do góry nogami globalny porządek rzeczy. Po roku 1920 z powierzchni ziemi praktycznie zniknęła arystokracja. Jej analogii można doszukiwać się w dzisiejszych najbogatszych na świecie dynastiach, które bardziej niż zmienianiem świata zajęte się wydawaniem zakumulowanych od pokoleń fortun.

 

Ktoś powiedziałby, że takie jest prawo zdrowego kapitalizmu – wszak jego zasadą jest akumulacja kapitału. Sęk w tym, że zarówno w ujęciu Webera jak i Smitha akumulacja była źródłem ciężkiej pracy, zaś kapitał był w ową pracę ponownie inwestowany. Nie zaś w niezrozumiałe narzędzia finansowe oparte na spekulacji, która nie rodzi pracy, ani innych korzyści dla całego społeczeństwa.

 

Baczną uwagę zwraca na to w swoim komentarzu Paul Krugman:

„Od czasu, gdy rozpoczął się kryzys finansowy, zyski korporacji poszybowały w górę, podczas gdy w wynagrodzeniach – w tym osób wysoko wykształconych – nastąpiła stagnacja.” – tłumaczenie za Gazetą Wyborczą.

 

I dalej konstatuje:

„Z kolei rosnący udział kapitału bezpośrednio zwiększa nierówności, ponieważ rozkład własności kapitału zawsze jest bardziej nierówny niż przychody z pracy. A gdy stopa zysku z kapitału znacznie przekracza stopę wzrostu gospodarczego, ”przeszłość pożera przyszłość”: społeczeństwo nieuchronnie zmierza ku dominacji dziedziczonego majątku.” – tłumaczenie za Gazetą Wyborczą.

 

To nie wszystkie przygnębiające statystyki. Krugman za Piketty’im wskazuje, że w USA 99% społeczeństwa nie wzbogaciła się realnie od lat 70. XX wieku, podczas gdy 0.1% najlepiej zarabiających na etatach zyskała o ponad 350%. Tutaj kryją się słynne z prasowych nagłówków wynagrodzenia i odprawy prezesów globalnych korporacji.

 

Piketty chociaż jest światowej klasy ekonomistą nie został pozbawiony zmysłu filozoficznego i socjologicznego. Słusznie zwraca uwagę, że jedną z głównych przyczyn takiego stanu rzeczy jest erozja norm etycznych samych menedżerów i zarządów globalnych spółek. Nie ma już wstydu przed światem i pracownikami własnej firmy – każdy powinien zarabiać tak dużo, jak to tylko możliwe.

 

Piketty nie odnajduje żadnego ekonomicznego uzasadnienia, dlaczego nawet najlepszy menedżer miałby zarabiać kilkadziesiąt milionów euro rocznie. Zwyczajnie, nie jest w stanie wykonać pracy, która uzasadniałaby takie wynagrodzenie.

 

Wnioski stąd takie, że „dryfujemy w stronę oligarchii” kapitału, które z czasem coraz mocniej będzie golić demokrację z siły tych, którzy owym oligarchom mogą zagrozić – czyli 99% społeczeństwa, które od dziesiątków lat raczej stoi w miejscu niż korzysta z owoców wzrostu gospodarczego.

 

 

Zostaw odpowiedź