fbpx

Neil Young prezentuje Pono i wyważa otwarte drzwi?

Świat obiega informacja o „nowym iPodzie” od legendarnego mistrza rockowej gitary i wokalu, Neila Younga. Zdaniem mediów, które cytują muzyków mających styczność z nowych odtwarzaczem, Pono ma odmienić jakość dźwięku w przenośnych grajkach raz na zawsze.

Jest w tym równie dużo prawdy co i kłamstwa, ale tego drugiego zdecydowanie więcej.

 

Od dobrych dwóch lat Neil Young robi niesamowicie dobrą robotę dla świata muzyki i audio. We wszystkich wywiadach wyklina ludzi słuchających MP3, krzywi się nawet na płytę CD i powiada krótka, acz rzeczowo – jeśli cenisz sobie muzykę i artystów słuchaj winylów lub tzw gęstych plików cyfrowych. Wariat z tego Younga, powie wielu. Ale owych wielu niewiele wie i jeszcze mniej rozumie. Od dekady czarna płyta przeżywa renesans sprzedażowy. Winyle wydają wszyscy szanujący się artyści, którym bliżej do pracy z prawdziwymi instrumentami, a nie elektronicznymi samplami – chociaż i tutaj trafiają się chlubne wyjątki takie jak Massive Attack, Prodigy czy Portishead.

 

W ubiegłym roku w gronie najlepiej sprzedających się na winylach artystów znaleźli się między innymi: Daft Punk, Dawid Bowie, Nick Cave, The National, Arctic Monkeys. Wśród najpopularniejszych winyli ostatnich 20 lat zaskakująco dużo ukazało się po roku 2000 np. King of Limbs Radiohead czy The Fat Of The Land The Prodigy. Analogowo-gramofonowy trend jest więc trwały i tworzy wyraźną alternatywę dla masowych przenośnych urządzeń, które w opinii wielu artystów obdzierają instrumenty i wokale muzyków z barwy, dynamiki i głębi dźwięku.

 

Wygląda na to, że kultura odsłuchu muzyki upada wprost proporcjonalnie do popularyzacji owch przenośnych urządzeń audio zwanych z angielskiego portable audio. I tutaj wkracza Neil Young, ze swoim Pono – odtwarzaczem o znakomitej jakości dźwięku, która zdaniem niektórych mediów jest osiągana dzięki obsłudze plików o wysokich rozdzielczościach np. 24 bitach i 192 kilohercach. Problem w tym, że tego typu opinie to bardzo płytkie ślizganie się po bardzo ciekawym temacie. Jak więc jest naprawdę?

 

Po pierwsze, Neil Young nie jest pionierem przenośnych urządzeń zdolnych do odtwarzania plików cyfrowych w wysokiej jakości (czyli porównywalnej do stacjonarnego sprzętu audiofilskiego). Jest nim chiński HiFiMAN, którego założycielem jest Fang Bian – zamerykanizowany Chińczyk w stopniu doktora, który zdobył na uniwersytecie w Nowym Jorku. Pierwsze tego typu urządzenie powstało w 2007 roku i kosztowało ponad 1000 dolarów. W tym roku Fang pokazał światu następcę owego urządzenia, zaś w międzyczasie rozbudował ofertę swoich odtwarzaczy o urządzenia, które w Polsce kosztują nawet mniej niż tysiąc złotych, przy czym reprezentują jakość dźwięku sprzętu stacjonarnego idącego w złotych tysiące.

 

Po drugie, obsługa tzw gęstych plików o wysokich rozdzielczościach np. FLAC nie świadczy o zdolności do generowania wysokiej jakości dźwięku. Tego typu formaty są wyłącznie infrastrukturą, która daje pewne możliwości – podobnie jak niemiecka autostrada pozwala na jazdę bez ograniczeń prędkości. Ale to szybkiej jazdy potrzeba jeszcze dobrego auta, tak jak do generowania wysokiej klasy sygnału audio potrzeba nie tylko sekcji cyfrowej, która zdekoduje plik, ale także dużo ważniejszej, droższej w produkcji i niewyobrażalnie skomplikowanej tzw sekcji analogowej. Ta ostatnia w przeciwieństwie do tej pierwszej jest bardzo odporna na próby skalowalności i nie zmieści się w żadnym smartfonie, gdyż w minimalnej wersji zajmuje dokładnie tyle samo miejsca ile wszystkie inne wnętrzności telefonu.

 

Po trzecie i najważniejsze. Zadacie sobie pytanie – po co mi przenośny odtwarzacz skoro mam smartfona? Wyobraźcie sobie, że jakość muzyki, którą generuje Wasz smartfon jest równa wygodzie pracy w Excelu na owym urządzeniu. Innymi słowy – coś takiego zwyczajnie nie istnieje. Nie wierzycie? Sprawdźcie sami.

 

 

Zostaw odpowiedź