fbpx

Polska – kraj ludzi nieznających się

Polska to kraj, którego specyfikę dobrze oddaje wypowiedź jednego z mieszkańców Łomży. Ów jegomość zapytany z zaskoczenia przed kamerami o datę pewnego wydarzenia nieco zmieszany odparł rozbrajająco szczerze: “Panie, ja się nie znam, ja z Łomży jestem”.

Owa rozbrajająca szczerość stała się powodem niezasłużonego wyszydzania Łomżynian. Niezasłużonego, gdyż większość z nas także się nie zna – po prostu nie ma kto ich na tym przyłapać. Przyłapują tylko ci, którzy się znają, a tych brakuje.

 

W ostatnich tygodniach prasa opublikowała skróty z raportów miażdżących polską gospodarkę, przedsiębiorstwa i pracowników.

 

Pierwszy z nich “Konkurencyjna Polska. Jak awansować w światowej lidze gospodarczej” autorstwa zespołu Jerzego Hausnera i Tomasza Geodeckiego głosi, że stoimy po środku drogi między tanimi wytwórcami z Chin, a technologicznymi mocarzami z Niemiec. Problem w tym, że koszty pracy w Polsce rosną, a technologicznej mocy na horyzoncie nie widać.

 

Jak to zmienić? Zespół profesora Hausnera konstatuje dość krótko: potrzebujemy polityki przemysłowej na poziomie porozumienia rządu i polskich firm.

 

Najwięksi na świecie tzn USA, Niemcy, Japonia, Chiny, czy też najdynamiczniejsi, tacy jak Korea Południowa prowadzą bezwzględną politykę przemysłową kosztem praw wolnego rynku, a w szczególności wolnego handlu. Zostawiają przy tym cały ten bełkot o globalnym wolnym rynku krajom takim jak Polska, które szczerze w te idee wierzą – w końcu własnej polityki przemysłowej nie potrafimy prowadzić, stąd niosąc sztandary wolnego handlu otwieramy się przynajmniej na produkty z innych krajów. Robiąc przy tym wydarzenie z otwarcia nowego salonu Apple, którego zlokalizowanie w kolejnym polskim mieście miałoby sugerować, że zostaliśmy w jakiś sposób wyróżnieni. Ale nie o tym tu mowa.

 

Mowa tu o kraju ludzi nieznających się. I sedna tej sprawy dotyka inny raport – „Komercjalizacja badań naukowych w Polsce. Bariery i możliwości ich przełamania” autorstwa Witolda Orłowskiego z PwC Polska. Konstatuje w nim Orłowski, to co podpowiadają mu liczby: stan innowacji w Polsce jest katastrofalny i “grozi nam dryf rozwojowy” – dodał od siebie Dziennik Gazeta Prawna.

 

Wydatki na badania i rozwój w Polsce wypadają gorzej nie tylko w stosunku do UE i OECD ale nawet w stosunku do innych krajów rozwijających się! Tam przeciętnie na B+R co roku idzie między 1 a 1.5% PKB; u nas grubo poniżej 1% ! W czołówce mamy Izrael (3.5% PKB), Koree Płd, Finlandię, Szwecję i Niemcy, rzecz jasna. Nawet Czesi i Turcy wydają na badania i rozwój więcej niż my.

 

Jedyne w czym ich wyprzedzamy to koszt godziny pracy – tutaj jesteśmy lepsi nawet od Brazylii i gonimy Meksyk, który susami ściga Chiny, a te zostały wyprzedzone przez Indie. Bez urazy dla krajów nam towarzyszących, ale według raportu Orłowskiego bliżej nam do krajów trzeciego świata, niż do Unii Europejskiej.

 

Oczywiście, raport ten nie stwierdza stanu faktycznego, w jakim znajdujemy się dziś całościowo. On pokazuje jaka jest perspektywa – wydatki na B+R to stosunkowo prosta projekcja, gdzie za 20 lat znajdzie się dany kraj. Wszystkim tym, którzy ucieszyli się że wylądujemy obok Meksyku spieszę donieść, że aby uciec do USA w dalszym ciągu będziemy zmuszeni przepłynąć Ocean.

 

Dlaczego jesteśmy tak antyinnowacyjni? Odpowiedzi jest wiele. Bo otumianony rząd, bo ci cholerni pracodawcy krwiopijcy, bo leniwe profesory na uczelniach, bo pracownicy pozoranci, bo stracone pokolenie, które w pracy chce dostępu do Facebooka – zależy gdzie ucho przyłożyć.

 

Problem w tym, że to wszystko prawda. Spójrzmy na parlament. Od dobrych 20 lat trwa tworzenie, a następnie łatanie dziurawego prawa. Główny udział w tworzeniu w Polsce prawa mają ludzie, od których nie wymaga się znajomości konstytucji, zasady praworządności, wiedzy o istniejących już ustawach w ramach komisji, w których pracują.

 

Gdy przyjrzymy się, jakie wymagania musi spełnić kandydat na urząd posła, to szybko dojdziemy do wniosku, że nawet od woźnego w szkole podstawowej wymaga się więcej. Od dość dawna przestały zadziwiać mnie wypowiedzi wielu posłów, którzy w zaparte szli, że prawo, które tworzą jest dobre – w ich mniemianiu to może być prawda. W końcu, nie mają pojęcia o tym jak tworzy się prawo na świecie. Co więcej, nie wiedzą jakie wymogi stawia przed nimi konstytucja i inne akty prawne w Polsce. Nie znają się.

 

Idźmy dalej, pracodawcy. W Polsce wciąż żywa jest koncepcja Fredericka W. Taylora, którą Peter Drucker sarkastycznie określił jako “właściciel i jego pomocnicy”. O tym jak miała wygląd współpraca między oboma stronami niech świadczy główne założenie Taylora, które brzmi: “każdy robotnik pracuje tak wolno, jak tylko zdoła i sprzeciw pracowników wobec systemu wynikał z lenistwa i głupoty”. Właściciel deleguje zadania, zakreśla szczegółowy zakres prac i rozlicza na akord.

 

Problem polega na tym, że dzisiejszy zakres prac na kilku stanowiskach specjalistycznych w jednej firmie kompletnie przekracza zakres zdolności umysłowych jakiejkolwiek osoby. Nieważne jakiej klasy specjalistę mam w swoim przedsiębiorstwie – ja wiem lepiej chichocze zza grobu Taylor. Nigdy w życiu nie przepracowałem nawet godziny przy obrabiarce CNC, ale wiem lepiej, jaką maszynę kupimy za rok.

 

Nie byłoby to jeszcze tak problematyczne, gdyby nie fakt, że w polskich realiach biznesmen to praktycznie nigdy nie jest fachowiec w dziedzinie, w której decyduje się założyć biznes. Oczywiście – bo i po co, od tego ma ludzi! Ktoś zakrzyknie. Odpowiem mu – patrz, punkt pierwszy: “właściciel i jego pomocnicy”. Z naciskiem na właściciel, a nie menedżer. Bo menedżer się zna, a właściciel zazwyczaj się nie zna.

 

Pora na świat nauki. To specyficzny przypadek ludzi, którzy znają się, ale na wiedzy, którą produkują inni – zazwyczaj zagraniczni koledzy. Aby pokazać, że może być inaczej na usta ciśnie się przykład malutkiej Austrii, której przedstawiciele zawojowali świat nauk humanistycznych – ekonomiści, filozofowie, artyści. My w ostatnich latach zasłynęliśmy łazikiem marsjańskim i grafenem, którego to wynalazku nie potrafimy skonsumować, bo i kto miałby w Polsce go wdrożyć. Nie mamy ani Intela, ani Samsunga. Skuteczna nauka potrafi rozwiązywać problemy – a na tym polscy naukowcy z pewnością się nie znają.

 

W końcu pracownicy. Konia z rzędem temu, kto widział czynnego specjalistę na stanowisku poświęcającego godzinę dziennie na śledzenie nowinek w swojej dziedzinie. Tak, godzinę dziennie – ilość informacji, jaka pojawia się w dzisiejszym świecie stawia tak wygórowane wymagania. W każdym rankingu ilości przepracowanych godzin polscy pracownicy są w czubie stawki – a w przypadku płac, zawsze w pierwszej trójce. Od końca.

 

Fachowcy powiadają, że to kwestia kapitału pracy – dostęp do narzędzi, maszyn, które pozwalają na potężny wzrost wydajności to podstawa, aby praca była bardziej opłacalna. Problem w tym, że do tych narzędzi należy także praca. Dobrze wyjaśnił to Matteo Pasquinelli, włoski neomarksista, który z oburzeniem stwierdził, że dla współczesnego pracownika wiedzy najważniejsze narzędzia tkwią wewnątrz ciała – emocje oraz intelekt; dlatego sam staje się narzędziem. Stąd kapitalizm wyrządza mu szkodę przekształcając go z podmiotu w przedmiot.

 

Natomiast polski pracownik zawiłej teorii Pasquinelliego nie zna. Ale po wielu dekadach radzieckich wpływów w Polsce najwyraźniej intuicyjnie wyczuwa, z której strony nadciąga zagrożenie, stąd zgłębianiem wiedzy w swojej dziedzinie się brzydzi. No chyba, że chodzi o szkolenie z unijnych dotacji – tam jest przerwa obiadowa (dwa dania), dofinansowanie dojadu, smaczna kawa i darmowy katering. A egzaminów nie ma, więc znać się nie trzeba.

 

Polska to kraj, w którym znać się nie trzeba, wystarczy znać kogo trzeba.

Zostaw odpowiedź