fbpx

Polski rynek pracy: paradoks homo economicusa, czyli dlaczego lepiej być pracownikiem idiotą niż baranem

Ubiegły tydzień przyniósł dwie interesujące informacje dotyczące polskiego rynku pracy, które układają się w logiczną całość. Jeśli zastanawialiście się dlaczego polski rynek pracy jest tak spolaryzowany, to w końcu nasuwa się logiczne wytłumaczenie.

Jest pewien problem. Z owego wytłumaczenia wynika, że polscy pracodawcy to idioci, zaś pracownicy to barany.

 

Czego Jaś się nie nauczy, tego Jana… nie nauczą.

Najpierw Gazeta Wyborcza zacytowała DGP, który poinformował, że “Im więcej środków płynie z, Brukseli na doszkalanie, tym mniej dorosłych z takiej opcji korzysta”.

 

Okazało się, że winni tej sytuacji są pracodawcy, którzy niechętnie chcą spełniać wyśrubowane wymagania unijne, w postaci pokrycia 7% całkowitego kosztu kursu doszkalającego. Oczywiście, pojawiają się przy tym inne koszty – dojazd i absencja wyrobnika, przepraszam pracownika.

 

Złośliwa Bruksela rzuciła im kolejną kłodę pod nogi, w postaci skromnego 93% dofinansowania. Co prawda nikt jeszcze nie odważył się głośno powiedzieć, że te brakujące 7% to kolejny podatek, ale można przypuszczać, że jest to tylko kwestia czasu.

 

Pierwszy statystyczny skutek już jest – w Polsce uczy się jedynie 4.5% dorosłych, podczas, gdy średnia unijna to procentów 9. W dodatku ma urosnąć do 15.

 

Eksperci na łamach Wyborczej skomentowali całą sytuację całkiem sensownie: gdy pracodawca potrzebuje niskowykwalifikowanego pracownika przebiera niczym w ulęgałkach. Gdy z kolei potrzebuje kogoś z wysokimi kwalifikacjami zgłasza się do head hunterów i najzwyczajniej kogoś podkupuje.

 

A że polska gospodarka opiera się na niskim poziomie technologicznym, to większości doszkalać nie trzeba, bo można łatwo wymienić na inny model. Pozostaje dokupić wierchuszkę i voila – biznes jak ta lala.

 

Homo economicus, czyli idiota.

W tym miejscu przejdziemy do Marka Buchanana, fizyka teoretycznego, którego artykuł zamieścił Bloomberg, a spolszczył DGP. Buchanan zastanawiał się na ile sensowne jest powszechne stosowane w modelach ekonomicznych postawy homo economicus, która zakłada, że jednostka całe wolne zasoby inwestuje wyłącznie w siebie, nie wykazując zachowań altruistycznych. Odpowiedzi udzieliły wyniki badań Politechniki Federalnej w Zurychu, która rozpracowała najsłynniejszą grę logiczną świata – dylemat więźnia.

 

Pokrótce, ów dylemat polega na rozpatrywaniu wariantów zachowań dwóch przestępców złapanych na wspólnym łamaniu prawa. Mogą oni współpracować, czyli milczeć, lub wzajemnie donieść na siebie w celu złagodzenia wyroku. Jeśli obaj zaczną “sypać” dostaną maksymalne wyroki, jeśli obaj milczą, mogą ujść cało, z powodu braku dowodów. W trzecim wariancie, jeden z więźniów “sprzedaje” drugiego, i otrzymuje niższy wyrok. Homo economicus, to naturalnie ten, który zdradza współwięźnia dla własnej korzyści.

 

Aby sprawdzić, jak sprawuje się postawa homo economicus w prawdziwym życiu naukowcy z Zurychu przeprowadzili symulacje komputerowe, w ramach której cyfrowo wygenerowane jednostki grały w dylemat więźnia.

 

Wyniki okazały się zaskakujące. Ci, którzy byli nastawieni na współpracę łączyli siły z innymi sobie podobnymi, grupowali się w klastry, i ostatecznie wygrywali znacznie częściej od homo economicus (pod pewnymi warunkami, w postaci sprzyjającego współpracy środowisku, możemy je nazwać w uproszczeniu cywilizacją). Szwajcarzy określili wygrywających w cywilizowanych warunkach mianem homo socialis. Zaś Mark Buchanan homo economicusa nazwał idiotą, DGP zaś doprawił do smaku i wyszło “homo idioticus”.

 

Owca czy baran?

Teraz kwintesencja tematu – jak połączyć obie sprawy? To nie takie trudne. W przypadku naszego rynku pracy wśród pracodawców dominuje postawa homo economicus. To znaczy: pracodawcy nie wykazują zachowań altruistycznych w postaci inwestowania w swoich pracowników. Wolą pracownika wymienić lub zapłacić za gotowy, w pełni wydajny produkt, tzw profesjonalistę, którego do firmy sprowadza firma head hunterska. W postawie homo economicus to zrozumiałe, lepiej płacić wyłącznie za efekty, każdy grosz wydany w tak niepewną inwestycję jak pracownik lepiej przeznaczyć na coś innego.

Teraz pytanie, co dałoby inwestowanie w pracowników i dlaczego postawa homo economicus polskich pracodawców prowadzi do przegranej wszystkich? Otóż pula profesjonalistów funkcjonujących na rynku jest stała, lub ulega niewielkim fluktuacjom.

 

Wynika to z faktu, że w Polsce niewielu pracowników dokształca się we własnym zakresie, czyli się “autoprofesjonalizuje”. Zdecydowana większość pozwala na dezaktualizację z upływającym szybko czasem swoich kompetencji, o które pracodawca nie dba. Taki jest efekt zaniku kultury zawodowego dokształcania się – instynkt stadny dopełnia reszty – co roku stada polskich “pracowników-owiec” tracą bezpowrotnie prace. Chociaż wyrażenie stada “pracowników-baranów” pasuje tu lepiej i nie bynajmniej z powodu chęci obrażenia kogoś, a z powodu znaczenia słowa “zbaranieć”, czyli jak głosi słownik języka polskiego: “zostać zaskoczonym i nie wiedzieć, jak się zachować”.

 

Szybko zmieniająca się sytuacja zawodowa zarówno w ramach zakładu pracy, branży, jak i wyuczonej dziedziny pracownika dosłownie prowadzi do tego, że pracownik “baranieje” i nie potrafi prawidłowo odczytać swojego miejsca na dynamicznym rynku pracy. Tym samym nie podejmuje aktywnych kroków w celu obrony lub poprawy swojej sytuacji. W efekcie, przytłaczająca część pracowników na własne życzenie się “deautoprofesjonalizuje” z upływem czasu.

To z kolei prowadzi do stałego podkupowania sobie fachowców, którzy dbają o swoje kwalifikacje – i mamy na to twarde dowody.

 

Ostatnie badania Antal International pokazały, że polski pracownik wyższego lub średniego szczebla średnio w ciągu roku jest 10-krotnie zapraszany do procesu rekrutacyjnego. Jednocześnie pracodawcy psioczą, że absolwenci są nieprzygotowani do pracy, bo nie mają wiedzy praktycznej, zaś teoretyczna jest zapóźniona.

 

O ile drugi argument wskazuje na kiepskie polskie szkolnictwo, którego hasło przewodnie brzmi: kadra naukowa za nic w świecie nie wypuści za drzwi uczelni ludzi mądrzejszych od siebie (a kształcenie lepszych od siebie jest fundamentem rozwoju nauki); o tyle pierwszy argument wskazuje na kiepskich pracodawców – wszak w szkole można co najwyżej praktykować zawód pedagoga.

 

Innymi słowy – jeśli chcesz mieć na rynku wybór fachowców w dobrych cenach musisz przyłożyć rękę do ich mnożenia. W długim okresie opłaci się to wszystkim, o ile większość pracodawców zechce ponieść koszty zbudowania i utrzymania systemu zawodowego dokształcania dla dorosłych.

 

Z powyższych wypływa kolejny wniosek – polscy pracodawcy nie są skłonni do uczestnictwa w zmianie otoczenia na takie, w którym wygrywa homo socialis – i na to również można znaleźć dowody. Pośrednim jest stan gotówki na kontach polskich firm. Jak donosi NBP rok do roku bije on rekordy puchnąc do absurdalnych niemal kwot. Z drugiej strony przez Polskę przetacza się monsun bankructw. Niby sprzeczność, ale tylko pozorna.

 

Ponieważ może być to dowód na problem z kreowaniem długofalowej polityki polskich przedsiębiorstw. Jeśli biznes idzie dobrze, to przedsiębiorcy gromadzą środki – inwestują niechętnie, bo do tego wymagany jest długofalowy plan rozwoju przedsiębiorstwa. Jeśli biznes idzie źle to zasoby szybko topnieją i bez planu naprawczego bankrut gotowy. Środowisko, które nie jest nastawione na inwestycje nie sprzyja także kooperacji – każdy martwi się przede wszystkim o to, aby nie stracić.

 

Zostań pracownikiem-idiotą.

Co w takiej sytuacji pozostaje pracownikowi? To zaskakujące, ale najlepsza jest postawa niesławnego idioty homo economicusa, który powinien jak najwięcej inwestować w siebie, tak aby zdobyć i utrzymać, a nawet podnosić rangę profesjonalisty w swojej dziedzinie. To pozwala na korzystanie z zaproszeń do kolejnych procesorów rekrutacyjnych, które wcześniej lub później kończą się zmianą pracodawcy i regularnym zyskiem w postaci większego wynagrodzenia.

 

Podsumowując, chociaż w naturze żadna owca nie jest baranem, to z powyższych rozważań wynika, że na polskim rynku pracy tylko barany są owcami. Dlatego zdecydowanie lepiej być pracownikiem-idiotą.

Zostaw odpowiedź