fbpx

Ruszył nowy elektryczny marketing wyścigowy

Mieszkańcy Pekinu, Putrajaya, Buenos Aires, Punta Del Este, Miami, Long Beach, Monte Carlo, Berlina i Londynu staną się świadkami nowych zmagań promującej elektryczną technologię napędową. Niewątpliwie staną się też świadkami słabości, jakimi jest dotknięta ta dziedzina.

Główną jest niechęć wsparcia ze strony największych.

 

 

O tym, że największe koncerny na świecie bardzo wyraźnie wpływają na kształt technologii, jakich będziemy używać za kilka dekad pisałem już kilka razy – właśnie powołując się na przykład elektrycznych silników napędowych do aut. Ostatnio przy okazji deklaracji właściciela Tesla Motors, który zapowiedział, że udostępni swoje technologie producentom aut – aby ci, w końcu, wzięli się na poważnie za produkcje aut elektrycznych. Naturalnie, zmian w tym kierunku nie widać.

 

Potwierdza to start E-Formula, czyli elektrycznego odpowiednika królowej motosportów – Formuły Pierwszej. Tym, którzy chcą aby udało się zaoszczędzić miliardy baryłek ropy dziennie jest de facto niewielu. Gdy spojrzymy na listę sponsorów to odnajdziemy na niej “aż” jednego producent aut – francuskie Renault. Poza tym mamy Michelin, co zrozumiałe, ponieważ producenci opon od dawna stawiają na marketing związany z oszczędzaniem paliwa. Do tego dochodzi DHL, TagHeuer i Qualcomm – ot i cała stawka.

 

Dramatycznie wygląda zestawienie teamów występujących w elektrycznej formule, która ma za zadanie promować elektryczne auta wśród zwykłych kierowców – do zawodów nie stanął ani jeden fabryczny zespół dużej samochodowej marki. Mamy tu wyłącznie prywatne zespoły, z których raptem trzy wspierane są przez producentów aut: Audi, Renault oraz Toyotę.

 

Pójdźmy dalej i zapytajmy, dlaczego zawody odbywają się na ulicach największych miast, w tym w Urugwaju i Malezji, które z punktu widzenia rynków motoryzacyjnych nie istnieją na mapie świata? Odpowiedź przynosi sama strona nowych zawodów, gdzie miasta – gospodarze „zasłużyły” na sowity opis atrakcji turystycznych, a nawet warunków pogodowych w miesiącu, w którym przeprowadzany jest uliczny wyścig. I tu słowo klucz – skoro uliczny, to pokazujący miasto. Skoro pokazujemy światu miasto, to nie czynimy tego za darmo.

 

Pozostaje ostatni element układanki – media, bo gdzieś ten Berlin, Londyn i Miami musimy pokazać, aby chciały zapłacić. Tutaj do gry wchodzi Fox Sports, który zapewnia transmisję aż do 88 krajów na świecie – z pominięciem Polski. Tak oto od kuchni wygląda marketing motosportu, który ucieka z torów na ulice miast pragnących przyciągnąć turystów. Tutaj słowo “organizator” nabiera nowego znaczenia.

 

Czy jest w tym wszystkim chociaż jeden element „nie skażony” pieniądzem? Tak, to walka kierowców, z których większość to byli zawodnicy F1. Pierwszy wyścig sezonu zakończył się potężnym dachowaniem byłego kolegi zespołowego Roberta Kubicy, Nicka Heidfelda. A przyczynił się do tego syn wielokrotnego mistrza świata – Alana Prosta. Jak widać, pieniądze duże, nazwiska jeszcze większe, oby ramówka telewizyjna to wytrzymała.

 

 

Zostaw odpowiedź