fbpx

Start-up to nie biznes. Start-up to stan umysłu

Start-up to jedno z powszechniejszych słów, jakie od kilku lat spotykamy w segmencie gospodarki internetowej. Spora część przedsiębiorstw, które „start-up-ują” przypominają produkty o krótkim terminie ważności i z pewnością, wcześniej lub później, trafią na śmietnik gospodarczej historii.

Jednak nie zawsze tak się dzieje. Kilka start-upów faktycznie wstrząsnęło rynkiem internetowym. Na przykład: Google, Amazon czy Yahoo. Czy to oznacza, że receptą na wzrost gospodarczy jest mnożenie start-upów? Czy faktycznie żyjemy w gospodarce start-upów?

 

Aby odpowiedzieć na powyższe pytania należy zacząć od wyjaśnienia – czym właściwie jest start-up? Najprościej rzecz ujmując jest to próba wykreowania nowej niszy biznesowej. Precyzyjniej mówiąc – jest to próba zrealizowania pomysłu na zagospodarowanie nowego nadchodzącego trendu rynkowego, a nawet kilku splątanych ze sobą trendów. Tego typu trendy, które powstają na przecięciu różnych segmentów gospodarki zazwyczaj charakteryzują się wysokim ryzykiem biznesowym. Start-up jest nowatorską formą zarządzania takim ryzykiem – polega na przetestowania pomysłów na biznes w naturalnym otoczeniu ekonomiczno-społecznym. Wszak nie istnieje jeszcze algorytm, który potrafiłby wskazać 100% pewny biznes.

Czasami start-up okazuje się falstartem, ale kończy happy endem – spójrzmy na Apple, które „restartupował” się kilkukrotnie – aż trafił w swoją niszę, z której w szybkim tempie uczynił potężny segment. Co ciekawe, na początku wylądował ze swoimi wyspecjalizowanymi komputerami raczej w końcu długiego ogona, a ostatecznie dzięki Jobsowi zaczął kreować kolejne hity rynkowe, z tak zwanego czoła sprzedaży. Nie każdy biznes ma jednak takie szczęście do lidera. Dlatego nie każdy biznes potrafi podobnie jak Apple „zrestartupować” się, gdy na horyzoncie widać górę lodową. Wszak na pokładzie transatlantyka muzyka wciąż gra.
 
 
Przejdźmy do przykładów.
 
Górą lodową Yahoo okazało się Google, którego genialna wyszukiwarka unieważniło sens istnienia katalogów internetowych. Podobnie jak maszyna drukarska Gutenberga zniszczyła, kultywowany w zakonach, zwyczaj ręcznego przepisywania ksiąg. To tylko jeden z powodów, dla których warto przyjrzeć się strategii Google’a, który „re-startupować” się nie przestaje, z tym, że czyni to głównie w ramach swoich wewnętrznych struktur. Klasyczny model startupowy zakładał cztery niezbędne elementy: niespotykany pomysł, duże ryzyko, minimum kilkuset procentowy potencjał wzrostu i zewnętrzne finansowanie – dzięki funduszom inwestycyjnym, aniołom biznesu lub giełdzie. Google wdrożyło analogiczny system wewnątrz swojego przedsiębiorstwa. Jak powszechnie wiadomo w Google każdy pracownik zobowiązany jest do poświęcania ułamka swego czasu na projekt zgodny ze swoimi zainteresowaniami, zupełnie oderwany od codziennych, rutynowych obowiązków. Firma zarządza takimi projektami, ocenia ich rynkowe szanse, a następnie decyduje, które pomysły rozwijać lub skasować. Warto podkreślić, że nie jest to przepis na murowany sukces. Przytoczę tu tylko nazwy kilku nieudanych projektów jak Google Buzz, czy Google Wave.
 
 
Zamykanie projektów po niedługim okresie wdrażania jest nieuniknione, ponieważ Google w biznesie stosuje filozofię zbliżoną do tej, której używa w przypadku swojej wyszukiwarki. Jest to model nawiązujący do rachunku prawdopodobieństwa. Dzięki ciągłemu rozwijaniu coraz to nowych wewnętrznych projektów oraz przejmowaniu kolejnych dotcomów Google stało się fabryką start-upów. Mądre zarządzanie firmą pozwala na prowadzenie potężnej liczby ryzykownych projektów z dużym potencjałem wzrostowym. Jest to możliwe między innymi dzięki niewyobrażalnym zasobom finansowym, dzięki którym Google może sobie pozwolić na: po pierwsze, rozwijanie przedsięwzięć nierentownych; a po drugie, decyzje o szybkim zamknięciu projektów, które po kilku rundach boksowania się rynek odesłał do narożnika. Jest to najważniejszy powód, przez który łatwiej jest mi sobie wyobrazić istnienie za sto lat koncernu Google niż na przykład Shell. Być może za sto lat nie będziemy potrzebować ropy, ale na pewno zmienią się nasze potrzeby informatyczno-techniczne. Zaś Google będzie usiłował trafić w nie najlepiej jak potrafi.
 
 
Podjęcie tematyki start-upów w gospodarce jest próbą szerszego spojrzenia na różne sposoby wdrażania innowacji na rynek. Bo każdy kto dobrze odrobił lekcję ze start-upów wie, że w ostatecznym rozrachunku start-up to specyficzna forma innowacji gospodarczej. Pisząc o innowacjach w gospodarce nowych technologii Jonathan Zittrain, profesor Harwardu oraz autor książki „The Future of the Internet and How to Stop It” zasadniczo wyróżnił dwa rodzaje innowacji: podtrzymującą i destrukcyjną. Podtrzymująca jest zazwyczaj stosowana przez firmy dobrze usadowione na rynku. Tego typu innowacja nie prowadzi do szybkiego rozwoju technologicznego, a co najwyżej rynkowego. Przykładem może być rozwój firmy Apple i jej produktów: iPod / iPhone / iPad. Debiutując wszystkie te gadżety wniosły wiele ciekawych rozwiązań technologicznych, wytwarzając wręcz nowe segmenty rynku. Ale z każdą kolejną generacją chęć do zasadniczych zmian tych produktów maleje, a wynika to z faktu, że udział rynkowy firmy rośnie. Dobrze pokazała to premiera nowego iPhone’a – prasa i fani spodziewali się kolejnego przełomu niezauważając, że chęć Apple do wprowadzania skrajnych innowacji znacząco zmalała w ostatnich latach. Z drugiej strony, oba produkty były kiedyś innowacjami destrukcyjnymi. O niszczycielskiej sile iPoda przekonało się Sony i jego niegdyś innowacja na skalę światową – legendarny Walkman, dziś zapomniany. Z kolei od iPhone’a zaczęły się coraz większe problemy Nokii, która przespała smartfonową rewolucję. Nokia to także przykład przedsiębiorstwa, które nie postawiło w odpowiednim momencie na rewolucję destrukcyjną. Zabrakło odpowiedniej intuicji, która pozwoliłaby zrozumieć, że rynek smartfonów nie będzie wąską niszą, ale produktem masowym. Zamiast tego, Finowie, którzy de faceto wymyślili smartfona postawili na krokowy rozwój klasycznych telefonów komórkowych.
 
 
Mocno obsadzony i zastały rynek ma silną tendencję do produkowania innowacji pozornych – to wygodne dla producentów, którzy niewielkim kosztem skłaniają klientów do wymiany starego sprzętu na nowy. Doskonały przykład to rynek cyfrowych aparatów fotograficznych, gdzie o innowacje bardzo trudno, a model sprzed 5 lat potrafi zrobić zdjęcia lepsze niż jego następca, dwie generacje później. Podobnie jest z ofertą sieci komórkowych. Na tą zależność zwrócił uwagę polski naukowiec, profesor Wojciech Chyła, który pisał o tym, że na rynek trafia coraz więcej nieproduktywnych innowacji, stąd pojęcia innowacyjności i produktywności oddalają się od siebie coraz mocniej. W skrajnych przypadkach mogą wręcz stać do siebie w opozycji. Także Edwin Bendyk, publicysta magazynu „Polityka” przywołał na jednym ze swoich blogów nieznanego w Polsce autora Christophera T. Hilla z George Mason University w Fairfax w USA. Hill zauważa, że społeczeństwa rozwinięte wchodzą jak np. amerykańskie w fazę postnaukowości. Postnaukowość oznacza zerwanie z innowacyjnością płynącą z osiągnięć naukowych na rzecz innowacji kulturowych, społecznych czy organizacyjnych. Dlatego łatwiej jest kupić auto, którego marka kojarzy się z określonym stylem życia, niż auto, które pali 1 litr benzyny na 100 kilometrów. Wynika to z faktu, że przez ostatnie 20 lat największy rozkwit przeżyły działy marketingu i PR, a nie Research and Design.
 
 
O tym jak trudno zaistnieć na rynku, w którym dominuje innowacja podtrzymująca przekonał się Samsung. Dalekowschodni koncern jakiś czas temu pozbył się swojego oddziału produkującego klasyczne dyski twarde (HDD). Zaraz po tym, jak Koreańczycy upłynnili fragment swojej korporacji ogłosili, że zainwestują gotówkę w nową technologię SSD, która jest przykładem innowacji destrukcyjnej. W jakim sensie jest destrukcyjna? Po pierwsze wypycha z rynku poprzednią technologię, po drugie może wyrzucić z siodła dotychczasowych liderów branży. Pozostańmy na chwilę przy Samsungu oraz jego krajowym konkurencie LG, który na fali innowacji destrukcyjnej stał się międzynarodowym gigantem. Wspomniana fala miała miejsce na rynku producentów telewizorów, gdy do masowej produkcji weszły płaskie wyświetlacze LCD. Doskonale przygotowani na ten fakt Koreańczycy dosłownie zdmuchnęli z podium dotychczasowych liderów w produkcji telewizorów – Philipsa, Sony i Panasonica. Dziś Philips częściowo wycofał się z rynku, zaś największe zalety Sony i Panasonica w postaci fabryk na terenie Japonii okazały się kulą u nogi obu producentów. Kto jednak 10 lat temu przewidziałby, że konsumenci nie będą skłonni dłużej dopłacać do znaczka Made in Japan? Swoją drogą, ciekawe na ile uważnie producenci japońskich aut obserwowali kazus Sony i Panasonica? W ubiegłym roku, po raz pierwszy w historii, KIA wyprzedziła Toyotę w ilości sprzedanych aut w Europie.
 
 
Jakie wnioski płyną z wiedzy o dotychczasowych start-upach? Przede wszystkim, na rynku przetrwają te przedsiębiorstwa, które będą zdolne podważyć własną pozycję rynkową, swoje największe osiągnięcia, produkty i innowacje. Zanim zrobi to ktoś inny. Ten sposób myślenia jest kultywowany w USA, gdzie startuje najwięcej nowych przedsiębiorstw, z których gro jest następnie przejmowane przez dominujących graczy. Kto się spóźni – płaci wysoką cenę. Aby pokazać czym grozi gapiostwo wróćmy na chwilę do branży fotograficznej i spójrzmy na zblakniętą gwiazdę Kodaka czy upadek Polaroida. Obie firmy zderzyły się z górą lodowa w momencie, gdy na rynek weszła technologia fotografii cyfrowej, chociaż dla żadnej z nich nie było to szczególne zaskoczenie. Nagle okazało się, że potężna pozycja na rynku, kilkudziesięcioletnie tradycje, wiedza i doświadczenie to za mało w starciu z innowacjami wprowadzonymi na rynek przez producentów z Dalekiego Wschodu. I dziś to Nikon, a nie Kodak jest synonimem aparatu fotograficznego – coś co 20 lat temu nikomu ze współczesnych nawet się nie śniło.
 
 
Podsumowując, gospodarka, w której start-upy są jednym z fundamentów wzrostu gospodarczego może z całą pewnością uchodzić za dynamiczną oraz innowacyjną. Niewątpliwą zaletą start-upów jest wnoszenie do gospodarki innowacji destrukcyjnej, która przyczynia się do faktycznych, a nie tylko pozornych zmian na rynku. A te w ostatecznym rozrachunku zazwyczaj są korzystne dla wszystkich uczestników rynku – zarówno tych w postaci klientów detalicznych (B2C) jak i korporacyjnych (B2B).
 
Czy mnożenie start-upów pomaga gospodarce rosnąć? To byłaby zdecydowanie za proste rozwiązanie. A przede wszystkim, zbyt powierzchowne – tak jak malowanie trawy na zielono nie jest dobrą receptą na elegancki trawnik, tak sztuczne wzbudzanie start-upów nie pomoże odmienić polskiej gospodarki. Jednak tworzenie warunków, które zachęcają do zakładania nowych innowacyjnych mikroprzedsiębiorstw, nie tylko w obrębie gospodarki internetowej, to w wielu krajach przyjęty standard. To żaden luksus, w czasach, gdy bardziej pewne jest to, że za 10 lat aktualnie prosperujące przedsiębiorstwo zniknie z gospodarczej mapy kraju niż to, że utrwali lub powiększy swój stan rynkowego posiadania.
 
Jeśli zależy Wam na powodzeniu przedsiębiorstwa, w którym pracujecie traktujcie każdy rozpoczynający się rok jak nowy start-up. Wcześniej lub później każdą branżę czeka wielki reset. Dobrze byłoby być tym, który naciśnie guzik.
 
 


Artykuł pochodzi z magazynu Mensis.pl nr 13

1 komentarz

  1. lajkonik 19-02-2013

Pozostaw odpowiedź lajkonik Anuluj pisanie odpowiedzi