fbpx

To nie ja, to władza!

Kontynuując ubiegłotygodniowy wątek pt wojna urzędów i obywateli chciałbym poruszyć inny jego aspekt, związany z kryzysem finansowym, marszem niepodległości oraz wizytą kominiarza w moim domu.

Podczas której wywiązała się interesująca dyskusja o tym, jak to władza zmusza nas do czegoś nawet wtedy, gdy daje wolność.

 

Cała dyskusja zaczęła się i właściwie skończyła, gdyż jej nie podjąłem, w momencie, gdy ów pan kominiarz, człowiek o całkiem szerokich horyzontach skutecznie poszerzanych dobrą, historyczną literaturą stwierdził, że napad polskich chuliganów na rosyjską ambasadę to skutek niewłaściwie zorganizowanej trasy marszu.

 

Wypowiedź ta od ręki wywołała skojarzenie ze sprawą niezwykle odległą, ale noszącą symptomy podobieństwa. Mianowicie chodzi o prezesów i pracowników banków, które wywołały kryzys finasowy. Zapytani o powody zgodnym chórem odrzekli: to nie my, to państwo wpuściło do obiegu tani pieniądz, administracja Clintona pozwoliła na swobodne łączenie kapitału oszczędnościowego i inwestycyjnego, a my tylko dostosowaliśmy się do warunków. I babach, stało się.

 

W sukurs uciśnionym bankierom przyszli tzw liberalni komentatorzy, którzy zarzucili państwu zbyt mało restrykcyjna politykę pieniężną obniżającą do granic możliwości stopy procentowe. Czyli de facto powiedzieli, że przedsiębiorcy otrzymali za dużo swobody. Państwo źle obliczyło warunki brzegowe, bankierzy szli po bandzie i babach, stało się.

 

W końcu mamy nieszczęsny marsz niepodległości, gdzie organizator źle obliczył trasę, bo w pobliżu ambasady rosyjskiej, zaś ktoś (czytaj państwo) dopuściło do tego marszu. I babach, stało się. Czyja wina? Państwa, rzecz jasna. Czyli władzy.

 

Zastanawiam się, jak wielką łamigłówkę będą miały w przyszłym roku warszawskie służby mundurowe, aby dopuścić trasę marszu niepodległości, gdzie po drodze tłum krewkich młodzieńców nie napotka ani jednego drzewka, które będzie rosło po lewej stronie jezdni (drzewka patriotyczne, jak powszechnie wiadomo, rosną tylko po stronie prawej, ale nie wiem co będzie, gdy ktoś puści marsz w drugą stronę). Ten kto widział relacje telewizyjne z Warszawy, wie o czym mówię. Ten kto był na miejscu, musiał być wariatem.

 

Tak więc, jesteśmy w mackach władzy, zawsze i wszędzie. Nawet gdy ta daje nam wolność, to podszeptuje od razu do najgorszego, a potem złośliwie kara. Ewentualnie zabrania wszystkiego, a przecież każdy z nas sam najlepiej podejmuje wybory. Innymi słowy – to nie ja, to władza!

 

Zostaw odpowiedź