fbpx

YouTube.com – prowokacja, manipulacja i chamstwo internetowe.

I dziennikarze, którzy nie odrobili lekcji. Ale po kolei. Znanej już zapewne większości czytelników historii fikcyjnej postaci Grażyny Żarko należy się dodatkowy, inny komentarz, niż te, które padają w mainstreamowych mediach. Dotyczy między innymi etyki zawodowej w stosowaniu socjotechnik.

Czytanie komentarzy redakcyjnych w uznanej prasie, która szeroko opisuje prowokacje przygotowaną przez Bartłomieja Szkopa i Grzegorza Cholewę musi boleć. Przynajmniej tych, którzy obejrzeli materiał ze zrozumieniem i uważnie wysłuchali samych autorów, którzy chcieli pokazać jak łatwo manipulować ludźmi w sieci.

Trzeba to podkreślić – producenci filmu nie chcieli obnażyć internetowego chamstwa, a jedynie podjąć problem tego, jak łatwo zawartość internetu może zawładnąć naszymi umysłami. I chociaż nie mówią tego wprost, z pewnością chcieli zwrócić oczy opinii publicznej w kierunku różnorodnych praktyk marketingu i PRu. Zazwyczaj chodzi tu o marketing polityczny, ale nie tylko.

 

To nas prowadzi do drugiego problemu – od prowokacji do manipulacji. W tym wypadku mieliśmy do czynienia z prowokacją – całość ujawniono w odpowiednim czasie z komentarzem i bez przymusu. Jest także druga strona medalu – w każdej prowokacji jest manipulacja. Wie o tym każdy, kto przygotowywał wirusową kampanię marketingową. Ta musi być prowokacyjna, stąd musi zawierać szczyptę manipulacji. Pozostaje nam starać się, aby ta manipulacja nie zachodziła na poziomie podawanych faktów, a jedynie wywoływania pozytywnych uczuć w odbiorcach.

 

Co do chamstwa – jaki jest koń każdy widzi. Warto jednak wspomnieć o regulowaniu ruchu w sieci w nieco szerszym kontekście. Historia internetu przypomina nieco historię kształtowania się zasad ruchu drogowego. Na początku elita samochodziarzy nie potrzebowała wielu odgórnych reguł wspólnego życia na drodze. Powód był prozaiczny – było ich tak niewielu, że do spotkań dochodziło niezwykle rzadko i był to powód do ekscytacji – a nie poirytowania. Dbano raczej o osoby postronne – stąd przed autem biegł chłopiec z kolorową flagą głośno oznajmiając o nadjeżdżającym pojeździe. Potem, gdy maszyna na dobre prześcignęła człowieka pojawiły się pierwsze limity prędkości. A nam pozostały wyścigi wewnątrzgatunkowe – w ramach olimpiady. A poczucie przynależności do elitarnego grona kierowców aut spadało.

 

Z czasem zagęszczenie ruchu wymusiło wprowadzanie coraz to większej liczby przepisów. Potem okazało się, że to za mało, bo jeszcze trzeba je egzekwować – tak narodziła się policja drogowa i powszechnienie znana i lubiana instytucja fotoradaru. Chociaż dziś w internecie mamy już autostrady (łącza szerokopasmowe), to do czegoś na miarę fotoradarów wciąż nam daleko. Policja internetowa kojarzy się z najgorszym, bo z instytucjami państwowymi, które ścigają internautów w imieniu prywatnych firm. W dodatku z tytułu roszczeń prywatnych firm ogranicza im prawo do publicznych praw w postaci wolnego dostępu do informacji i wypowiedzi, jakie daje internet.

 

W końcu sami internauci jako żywo przypominają dzisiejszych kierowców – udziela im się ten sam syndrom zdesperowanego frustrata przepełnionego agresją, która skierowana jest w stronę przypadkowo napotkanych użytkowników. I tak jak na syndrom agresji drogowej nie udało się wynaleźć jak dotąd żadnego panaceum nie liczmy, że jednym ruchem uspokoimy wrzący od zjadliwych komentarzy internet.

Zostaw odpowiedź